piątek, 14 czerwca 2024

SKĄD MÓJ RÓD

 JESTEM TAK JAK MOJE RODZEŃSTWO ZETKNIĘCIA SIĘ ZE SOBĄ DWÓCH RODÓW. PO MIECZU MARASZKIEWICZÓW  A PO KĄDZIELI GAŁĘZÓW. MÓJ OJCIEC EUGENIUSZ JEST DZIECKIEM FRANCISZKA I ANNY Z DOMU SAWICKA. ONI URODZILI SIĘ W PIERWSZEJ DEKADZIE DWUDZIESTEGO WIEKU W TEREBEJKI. gmina Bereźce, powiat Luboml, woj. wołyńskie.


PO WOJNIE RODZINA MARASZKIEWICZÓW ZAMIESZKAŁA W JEŻYCACH POWIECIE SŁAWIŃSKIM. ZE ZWIĄZKU FRANCISZKA I ANNY URODZILI SIĘ ... JAN,EUGENIUSZ,RYSZARD ORAZ DANUTA.




MOJEJ MAMY RODZICAMI BYLI JAN GAŁĘZA I OLGA Z DOMU DŻURKO. PRZED WOJNĄ MIESZKALI W MIĘDZYRZECZU KORECKIM NIEDALEKO RÓWNA. BABCIA BYŁA RODOWITĄ UKRAINKĄ. OBOJE URODZENI NA POCZĄTKU XX WIEKU. DZIADEK BYŁ KOWALEM A BABCIA BYŁA POKOJÓWKĄ U TAMTEJSZEGO BOGACZA O NAZWISKU ŁOMAKIN. DZIADEK W MIĘDZYRZECZU NALEŻAŁ DO OCHOTNICZEJ STRAŻY POŻARNEJ. W CZASIE WOJNY SŁUŻYŁ W SAMODZIELNEJ BRYGADZIE KAWALERII WCHODZĄCEJ W SKŁAD PIERWSZEJ DYWIZJI IM. TADEUSZA KOŚCIUSZKI. PRZESZEDŁ CAŁY SZLAK BOJOWY AŻ DO ŁABY.PO WOJNIE DZIADEK OTRZYMAŁ KONIA,SZABLĘ I GOSPODARSTWO ROLNE WE WSI BIELKOWO POWIAT KOSZALIN. DO BIELKOWA DZIADEK ŚCIĄGNĄŁ ŻONĘ WRAZ Z DZIEĆMI.DZIECI MIELI TROJE... WŁADYSŁAWA,JÓZEFA ORAZ HALINĘ IRENĘ CZYLI MOJĄ MAMĘ. MOJA MAMA PO WYJŚCIU ZA MĄŻ ZA EUGENIUSZA MARASZKIEWICZA WRAZ Z NIM PRZEPROWADZIŁA SIĘ DO SIANOWAGDZIE ZAMIESZKALI W KAMIENICY PRZY ULICY BIERUTA KTÓRA W LATACH PIĘĆDZIESIĄTYCH NAZWANO KOSZALIŃSKĄ . W 1965 KIEDY BYŁA NAS TRÓJKA RODZEŃSTWA MOI RODZICE OTRZYMALI MIESZKANIE W BLOKU NA OSIEDLU PIASTÓW.



MAMAI TATA ORAZ JA ANDRZEJ ,SIOSTRA JOLANTA I BRAT TADEUSZ.

DOŁĄCZAM LINK DO GENEALOGI MARASZKIEWICZÓW


PODAJĘ TEŻ WYKAZ ELITY GUBERNI KIJOWSKIEJ WŚRÓD KTÓREJ I ZNAJDUJE SIĘ RÓD MARASZKIEWICZÓW. 





sobota, 13 lipca 2013

wtorek, 21 lutego 2012

Czarno-biała telewizja...kolorowa wyobraźnia

Będąc małym dziecięciem pamiętam nasz pierwszy czarno-biały telewizor;"SZAFIR" i bajki jakie każdego wieczoru z zapartym tchem oglądałem z moim rodzeństwem.Były to Jacek i Agatka,Gąska Balbinka i Ptyś,Piaskowy dziadek czy Bolek i Lolek...


Pamiętam,że dla dzieci były produkowane mydełka,pasta do zębów i szampon z podobizna Jacka i Agatki;
Nie prędko mogłem obejrzeć w kolorze tamte bajki a kiedy je zobaczyłem w pełni barw nie wywarły na mnie takiego wrażenia jak wtedy gdy musiałem wytężyć wyobraźnie aby telewizyjnemu obrazowi dodać kolorów.













                                                       

środa, 21 września 2011

szalonozielone lata młodości








Po szkole podstawowej rozpoczął się nowy okres życia,okres poszukiwań prawdy o sobie samym i tego co wokoło mnie działo się. Chciałem poznać i doświadczyć wszystkiego co możliwe niczym Tomasz niewierny a raczej wątpiący.może poszukiwania te cechował chaos,który powstał pod wpływem moich marzeń i pragnień.może zbyt wiele oczekiwałem od ludzi,może zbyt wielka ciekawość mnie trawiła.nie oszczędzałem siebie w odbieraniu doświadczeń nie rzadko bolesnych.

Pod koniec ósmej klasy rodzina zadecydowała ,że mam zostać marynarzem. Po uzgodnieniu owego planu z wujkiem Ryszardem, posłano mnie do Zasadniczej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Darłowie. W ten sposób po raz pierwszy w życiu spotkałem się ze zjawiskiem kolesiostwa i protekcjonizmu. W onej szkole mój rzeczony wujek posiadał swoich kolegów, także na stanowiskach zarządzających i gdybym nawet miał fatalne stopnie ze szkoły podstawowej, to  i tak bym został przyjęty.
W lipcu podczas wakacji odbył się tygodniowy rejs kwalifikacyjny, którego celem było odsianie plew od ziaren. Sito jednak nie było dość dokładne skoro taką plewę jak ja pozostawiła pośród dorodnych ziaren stanowiących przyszłość rybołówstwa polskiego. Tylko mojej niesamowitej ambicji i wsparciu mojego kolegi ze szkoły podstawowej tj. Bogdanowi Górskiemu zawdzięczam one przetrwanie.
Wczuwałem się w rolę marynarza mórz i  oceanów pochłaniając spore ilości książek o dzielnych piratach i odkrywcach siedmiu mórz i setek wysp, z których kilka z nich były wyspami skarbów. Do dziś kiedy wspomnę na malowane w onych książkach porty i portowe tawerny z przecudnymi kobietami o brązowej karnacji skóry, przez plecy przelatują dreszcze i coś jeszcze…
Nocna wachty przy  trapie czy wachty przy sterze podczas połowu nie miały nic z tymi obowiązkami jakie czyhały na mnie po ubraniu munduru owej zaszczytnej szkoły. Tylko raz miałem problemy z przetrwaniem rzeczonego kursu ,gdy miałem wachtę w maszynowni. Nora pełna smrodu oleju maszynowego, pomieszanego ze smrodem paliwa i wyziewami spalin była dla mnie katorgą a mój organizm zbuntował się poprzez wymiotne opróżnienie treści żołądkowej czyli porannego śniadania.
Modliłem się do wszystkich świętych i nieświętych abym tam już nigdy nie trafił ale wtedy nie wiedziałem, że los miał po raz pierwszy zadrwić ze mnie w tak okrutny sposób. Właśnie szykowano mnie do klasy mechanika okrętowego i co będzie podstawą do wywołania reakcji buntu i pogrążenia się w melancholii kompletnego zniechęcenia.
Na koniec owego rejsu kwalifikacyjnego w nagrodę za wytrwałość pozwolono nam na wyszorowanie pokładu przy pomocy cegieł i sporej ilości wody aby tym samym zatrzeć jakiekolwiek ślady bytności na łajbie żółtodziobów czyli zwykłych szczurów lądowych. Długo po tym bolały nas karki uświadamiając nam jak ciężka jest służba na morzu.
W połowie sierpnia otrzymałem pismo ze szkoły że zostałem, na moje nieszczęście przyjęty w poczet uczniów i że ma się stawić do internatu, tejże szkoły dzień wcześniej.
Poczułem się nie swojo gdy uświadomiłem sobie, że mam opuścić rodzinne gniazdo jak słaby pływak na głębokie wody. Tam też dowiem się czym jest fala i jakim jest podludziem pierwszoklasista szkoły morskiej.
Moi rodzice a na pewno mój wujek wiedział co mnie tam może spotkać ale nie wiedział, że moja wrażliwa a czasem nadwrażliwa natura takiej szorstkości szkoły życia nie jest w stanie znieść.

czwartek, 30 września 2010

Moi bliscy są wciąż tuż obok mnie we wspomnieniach



Tamte smarkate lata,to czas spędzany z moimi bliskimi i przyjaciółmi z podwórka.Mój brat Tadeusz był zawsze obecny gdy drążyliśmy piaskownice lub przetrząsali nadrzeczne krzaki.Na wędrówki dalsze do lasu czy na pobliskie łąki brani byliśmy przez moją siostrę wujeczną (dzieci brata mojej mamy,Józefa Gałęzy) Małgorzatę i Zbigniewa.Moja siostra wujeczna nie była zainteresowana zabawami lalkami i może dlatego wspaniale grała w piłkę nożną.Zbigniew mając szesnaście lat zbudował na strychu siłownię (sztanga,sprężyny i hantle)do której mnie zabierał.Na ścianie owego miejsca mitręgi fizycznej pełno było zdjęć sławnych kulturystów ze Schwarzeneggerem na czele.Ale to było później a wcześniej graliśmy w piłkę latem a zimą na lodzie bez łyżew graliśmy w udawanego hokeja.Nie mogę też nie wspomnieć o podwórkowych kolegach;Marku Siarze (rudy i dlatego często był naszym Indianinem),"Niusiu"Depczyńskim,Marku Gruszczyńskim czy o Krzysiu co miał wadę serca ale zawsze nam piłkę przynosił a my z wdzięczności stawialiśmy go zawsze na bramce.Gdy z babcią Olgą wyjeżdżaliśmy do Bielkowa (do wujka Władka) to tam z kolei pamiętam siostry wujeczne Janinę i Grażynkę oraz drugiego Zbyszka Gałęzę,który mając siedem lat z pola jadąc kierował traktorem.Na samym początku na osiedlu Piastów stały tylko cztery bloki a nad rzeką znajdowały się działki ogrodowe.Myśmy też takową mieli blisko rzeki na której tata postawił altankę ogrodową i zasadził kilka drzew owocowych.Mieliśmy frajdę wchodząc na oną altankę i obserwując okolice z wysoka.

środa, 15 września 2010

Egozaduma

Pochylam się w zadumie nad swym losem
i oszukuję siebie życzeniami
jakiejś pożółkłej rocznicy
zdrowia
szczęścia
i spełnienia marzeń
choć przecież już nie raz
pomyliłem drogi
zawierzyłem złudzeniom
w pustym pokoju szukałem nadziei
jeszcze raz

Z serca
umysłu i duszy
innym rozdawałem dobre słowo
i kawałek siebie na drogę
w zamian słysząc tylko ciszę
albo płacz jesiennego wiatru
każdego wiosennego wieczoru

Pochylam się nad umierającymi chwilami
one były mi nadzieją
wiarą i miłością
gdy mi pod górę było
opadałem z sił
teraz niech odpoczywają w spokoju
wiecznego niebytu
zapomnienia
i niech już nie bolą