piątek, 21 maja 2010

Na początku było słowo

Biografia moja zaczyna cię od początków mojego istnienia na tej planecie zwaną ziemia.Pojawiłem się niczym obcy przybysz z innej galaktyki,który nie rozumiał postępowania ludzi- i chyba do dziś pewnych rzeczy nie rozumiem.Choćby tego dlaczego miłość musi boleć a zadawanie bólu innym może dawać satysfakcję?Dlaczego doceniamy ludzi dopiero po ich śmierci a jak żyją to życzymy im wszystkiego najgorszego?Dlaczego szukamy duchowego aspektu życia babrając się w różnych świństwach niczym zwierzęta stadne?Dlaczego do kariery wiedzie jedynie droga po trupach lub łóżko pracodawcy?Mógłbym pytania mnożyć ale byłyby to słowa rzucane na wiatr,w próżnię itp.
I)Dzieciństwo co zaczęło się raczkowaniem pod górkę.
Urodziłem się w noc świętojańską roku w którym,Gagarin wystrzelony został w kosmos i z tego kosmosu szczęśliwie powrócił.Urodziłem się w rodzinie robotniczo-chłopskiej.Ojciec mimo,że mieszkał na wsi (Jeżyce pod Darłowem) nigdy rolnictwem się nie zajmował gdyż pracował w mieście (Koszalin-Sianów).Eugeniusz było jemu na imię i był zapalonym ślusarzem oraz miłośnikiem degustacji wszelkich trunków.Moja matka,Irena (Halina) z kolei mieszkała na wsi (Bielkowo) i pomagała swoim rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa rolnego.Rodzice zaraz po zawarciu związku małżeńskiego przenieśli się do Sianowa.Zamieszkali na poddaszu a matka zatrudniła się w zakładzie produkującym zapałki.Dzieciństwa dokładnie nie pamiętam,tak jak i onego mieszkania z którego się wyprowadziliśmy się w rok po urodzeniu się mojej siostry Jolanty (mam też brata Tadeusza,który urodził się w rok po moich narodzinach).Jak wspomniałem niewiele pamiętam  z dzieciństwa prócz świąt Bożego Narodzenia,zapachu choinki i świeczek na nich płonących oraz zapachu pomarańczy (dwa razy w roku jęliśmy ów rarytas na Wielkanoc i Boże Narodzenie).Pamiętam prezenty świąteczne  w postaci wozów strażackich,których żywot był dość krótki gdyż rozpierała mnie i mojego brata ciekawość;na jakiej zasadzie jeździły gdy kluczykiem się pokręciło?Dociekliwości była zgubna,gdyż rozkręcone wozy strażackie nijak nie dały się złożyć.Dzieciństwo było biedne i przetykane widokiem pijanego ojca i lamentującej matki (teraz mającej żal za nędzne życie a może za brak odwagi aby ojcu powiedzieć:"żegnaj nie jesteś tym wymarzonym").Dzieciństwo to także moja babcia,która opiekowała się nami bardzo czule (czasami czuliśmy rękę sprawiedliwości na siedzeniu).Ciągała nas codziennie do kościoła i to była nasza stała niezmienna szkoła wychowania,która w latach młodzieńczych bokiem nam powychodziła i to całej trójce.Zapach kościelnych ścian przesiąkniętych kadzidlaną wonią i boleśnie brzmiące nabożne pieśni.
 Dzieciństwo to,także częste odwiedziny wujka w Bielkowie,które połączone były z pracami polowymi lub obrządkiem zwierząt hodowlanych.Żniwa czy wykopki miały swoje obrazy i zapachy.Zapach skoszonego siana w skwarze słońca,przeplatał się z bólem pokaleczonych stup na ściernisku.Łato na wsi to smak młodych ziemniaków polanych skwarkami i siadły mlekiem.
Jesień to wykopki i mgła unosząca się nad polem.Jesień to zapach palonych liści i pieczonych ziemniaków.