środa, 21 września 2011

szalonozielone lata młodości








Po szkole podstawowej rozpoczął się nowy okres życia,okres poszukiwań prawdy o sobie samym i tego co wokoło mnie działo się. Chciałem poznać i doświadczyć wszystkiego co możliwe niczym Tomasz niewierny a raczej wątpiący.może poszukiwania te cechował chaos,który powstał pod wpływem moich marzeń i pragnień.może zbyt wiele oczekiwałem od ludzi,może zbyt wielka ciekawość mnie trawiła.nie oszczędzałem siebie w odbieraniu doświadczeń nie rzadko bolesnych.

Pod koniec ósmej klasy rodzina zadecydowała ,że mam zostać marynarzem. Po uzgodnieniu owego planu z wujkiem Ryszardem, posłano mnie do Zasadniczej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Darłowie. W ten sposób po raz pierwszy w życiu spotkałem się ze zjawiskiem kolesiostwa i protekcjonizmu. W onej szkole mój rzeczony wujek posiadał swoich kolegów, także na stanowiskach zarządzających i gdybym nawet miał fatalne stopnie ze szkoły podstawowej, to  i tak bym został przyjęty.
W lipcu podczas wakacji odbył się tygodniowy rejs kwalifikacyjny, którego celem było odsianie plew od ziaren. Sito jednak nie było dość dokładne skoro taką plewę jak ja pozostawiła pośród dorodnych ziaren stanowiących przyszłość rybołówstwa polskiego. Tylko mojej niesamowitej ambicji i wsparciu mojego kolegi ze szkoły podstawowej tj. Bogdanowi Górskiemu zawdzięczam one przetrwanie.
Wczuwałem się w rolę marynarza mórz i  oceanów pochłaniając spore ilości książek o dzielnych piratach i odkrywcach siedmiu mórz i setek wysp, z których kilka z nich były wyspami skarbów. Do dziś kiedy wspomnę na malowane w onych książkach porty i portowe tawerny z przecudnymi kobietami o brązowej karnacji skóry, przez plecy przelatują dreszcze i coś jeszcze…
Nocna wachty przy  trapie czy wachty przy sterze podczas połowu nie miały nic z tymi obowiązkami jakie czyhały na mnie po ubraniu munduru owej zaszczytnej szkoły. Tylko raz miałem problemy z przetrwaniem rzeczonego kursu ,gdy miałem wachtę w maszynowni. Nora pełna smrodu oleju maszynowego, pomieszanego ze smrodem paliwa i wyziewami spalin była dla mnie katorgą a mój organizm zbuntował się poprzez wymiotne opróżnienie treści żołądkowej czyli porannego śniadania.
Modliłem się do wszystkich świętych i nieświętych abym tam już nigdy nie trafił ale wtedy nie wiedziałem, że los miał po raz pierwszy zadrwić ze mnie w tak okrutny sposób. Właśnie szykowano mnie do klasy mechanika okrętowego i co będzie podstawą do wywołania reakcji buntu i pogrążenia się w melancholii kompletnego zniechęcenia.
Na koniec owego rejsu kwalifikacyjnego w nagrodę za wytrwałość pozwolono nam na wyszorowanie pokładu przy pomocy cegieł i sporej ilości wody aby tym samym zatrzeć jakiekolwiek ślady bytności na łajbie żółtodziobów czyli zwykłych szczurów lądowych. Długo po tym bolały nas karki uświadamiając nam jak ciężka jest służba na morzu.
W połowie sierpnia otrzymałem pismo ze szkoły że zostałem, na moje nieszczęście przyjęty w poczet uczniów i że ma się stawić do internatu, tejże szkoły dzień wcześniej.
Poczułem się nie swojo gdy uświadomiłem sobie, że mam opuścić rodzinne gniazdo jak słaby pływak na głębokie wody. Tam też dowiem się czym jest fala i jakim jest podludziem pierwszoklasista szkoły morskiej.
Moi rodzice a na pewno mój wujek wiedział co mnie tam może spotkać ale nie wiedział, że moja wrażliwa a czasem nadwrażliwa natura takiej szorstkości szkoły życia nie jest w stanie znieść.