Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamiętnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamiętnik. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 lipca 2013

wtorek, 21 lutego 2012

Czarno-biała telewizja...kolorowa wyobraźnia

Będąc małym dziecięciem pamiętam nasz pierwszy czarno-biały telewizor;"SZAFIR" i bajki jakie każdego wieczoru z zapartym tchem oglądałem z moim rodzeństwem.Były to Jacek i Agatka,Gąska Balbinka i Ptyś,Piaskowy dziadek czy Bolek i Lolek...


Pamiętam,że dla dzieci były produkowane mydełka,pasta do zębów i szampon z podobizna Jacka i Agatki;
Nie prędko mogłem obejrzeć w kolorze tamte bajki a kiedy je zobaczyłem w pełni barw nie wywarły na mnie takiego wrażenia jak wtedy gdy musiałem wytężyć wyobraźnie aby telewizyjnemu obrazowi dodać kolorów.













                                                       

środa, 21 września 2011

szalonozielone lata młodości








Po szkole podstawowej rozpoczął się nowy okres życia,okres poszukiwań prawdy o sobie samym i tego co wokoło mnie działo się. Chciałem poznać i doświadczyć wszystkiego co możliwe niczym Tomasz niewierny a raczej wątpiący.może poszukiwania te cechował chaos,który powstał pod wpływem moich marzeń i pragnień.może zbyt wiele oczekiwałem od ludzi,może zbyt wielka ciekawość mnie trawiła.nie oszczędzałem siebie w odbieraniu doświadczeń nie rzadko bolesnych.

Pod koniec ósmej klasy rodzina zadecydowała ,że mam zostać marynarzem. Po uzgodnieniu owego planu z wujkiem Ryszardem, posłano mnie do Zasadniczej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Darłowie. W ten sposób po raz pierwszy w życiu spotkałem się ze zjawiskiem kolesiostwa i protekcjonizmu. W onej szkole mój rzeczony wujek posiadał swoich kolegów, także na stanowiskach zarządzających i gdybym nawet miał fatalne stopnie ze szkoły podstawowej, to  i tak bym został przyjęty.
W lipcu podczas wakacji odbył się tygodniowy rejs kwalifikacyjny, którego celem było odsianie plew od ziaren. Sito jednak nie było dość dokładne skoro taką plewę jak ja pozostawiła pośród dorodnych ziaren stanowiących przyszłość rybołówstwa polskiego. Tylko mojej niesamowitej ambicji i wsparciu mojego kolegi ze szkoły podstawowej tj. Bogdanowi Górskiemu zawdzięczam one przetrwanie.
Wczuwałem się w rolę marynarza mórz i  oceanów pochłaniając spore ilości książek o dzielnych piratach i odkrywcach siedmiu mórz i setek wysp, z których kilka z nich były wyspami skarbów. Do dziś kiedy wspomnę na malowane w onych książkach porty i portowe tawerny z przecudnymi kobietami o brązowej karnacji skóry, przez plecy przelatują dreszcze i coś jeszcze…
Nocna wachty przy  trapie czy wachty przy sterze podczas połowu nie miały nic z tymi obowiązkami jakie czyhały na mnie po ubraniu munduru owej zaszczytnej szkoły. Tylko raz miałem problemy z przetrwaniem rzeczonego kursu ,gdy miałem wachtę w maszynowni. Nora pełna smrodu oleju maszynowego, pomieszanego ze smrodem paliwa i wyziewami spalin była dla mnie katorgą a mój organizm zbuntował się poprzez wymiotne opróżnienie treści żołądkowej czyli porannego śniadania.
Modliłem się do wszystkich świętych i nieświętych abym tam już nigdy nie trafił ale wtedy nie wiedziałem, że los miał po raz pierwszy zadrwić ze mnie w tak okrutny sposób. Właśnie szykowano mnie do klasy mechanika okrętowego i co będzie podstawą do wywołania reakcji buntu i pogrążenia się w melancholii kompletnego zniechęcenia.
Na koniec owego rejsu kwalifikacyjnego w nagrodę za wytrwałość pozwolono nam na wyszorowanie pokładu przy pomocy cegieł i sporej ilości wody aby tym samym zatrzeć jakiekolwiek ślady bytności na łajbie żółtodziobów czyli zwykłych szczurów lądowych. Długo po tym bolały nas karki uświadamiając nam jak ciężka jest służba na morzu.
W połowie sierpnia otrzymałem pismo ze szkoły że zostałem, na moje nieszczęście przyjęty w poczet uczniów i że ma się stawić do internatu, tejże szkoły dzień wcześniej.
Poczułem się nie swojo gdy uświadomiłem sobie, że mam opuścić rodzinne gniazdo jak słaby pływak na głębokie wody. Tam też dowiem się czym jest fala i jakim jest podludziem pierwszoklasista szkoły morskiej.
Moi rodzice a na pewno mój wujek wiedział co mnie tam może spotkać ale nie wiedział, że moja wrażliwa a czasem nadwrażliwa natura takiej szorstkości szkoły życia nie jest w stanie znieść.

środa, 15 września 2010

Egozaduma

Pochylam się w zadumie nad swym losem
i oszukuję siebie życzeniami
jakiejś pożółkłej rocznicy
zdrowia
szczęścia
i spełnienia marzeń
choć przecież już nie raz
pomyliłem drogi
zawierzyłem złudzeniom
w pustym pokoju szukałem nadziei
jeszcze raz

Z serca
umysłu i duszy
innym rozdawałem dobre słowo
i kawałek siebie na drogę
w zamian słysząc tylko ciszę
albo płacz jesiennego wiatru
każdego wiosennego wieczoru

Pochylam się nad umierającymi chwilami
one były mi nadzieją
wiarą i miłością
gdy mi pod górę było
opadałem z sił
teraz niech odpoczywają w spokoju
wiecznego niebytu
zapomnienia
i niech już nie bolą

piątek, 21 maja 2010

Na początku było słowo

Biografia moja zaczyna cię od początków mojego istnienia na tej planecie zwaną ziemia.Pojawiłem się niczym obcy przybysz z innej galaktyki,który nie rozumiał postępowania ludzi- i chyba do dziś pewnych rzeczy nie rozumiem.Choćby tego dlaczego miłość musi boleć a zadawanie bólu innym może dawać satysfakcję?Dlaczego doceniamy ludzi dopiero po ich śmierci a jak żyją to życzymy im wszystkiego najgorszego?Dlaczego szukamy duchowego aspektu życia babrając się w różnych świństwach niczym zwierzęta stadne?Dlaczego do kariery wiedzie jedynie droga po trupach lub łóżko pracodawcy?Mógłbym pytania mnożyć ale byłyby to słowa rzucane na wiatr,w próżnię itp.
I)Dzieciństwo co zaczęło się raczkowaniem pod górkę.
Urodziłem się w noc świętojańską roku w którym,Gagarin wystrzelony został w kosmos i z tego kosmosu szczęśliwie powrócił.Urodziłem się w rodzinie robotniczo-chłopskiej.Ojciec mimo,że mieszkał na wsi (Jeżyce pod Darłowem) nigdy rolnictwem się nie zajmował gdyż pracował w mieście (Koszalin-Sianów).Eugeniusz było jemu na imię i był zapalonym ślusarzem oraz miłośnikiem degustacji wszelkich trunków.Moja matka,Irena (Halina) z kolei mieszkała na wsi (Bielkowo) i pomagała swoim rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa rolnego.Rodzice zaraz po zawarciu związku małżeńskiego przenieśli się do Sianowa.Zamieszkali na poddaszu a matka zatrudniła się w zakładzie produkującym zapałki.Dzieciństwa dokładnie nie pamiętam,tak jak i onego mieszkania z którego się wyprowadziliśmy się w rok po urodzeniu się mojej siostry Jolanty (mam też brata Tadeusza,który urodził się w rok po moich narodzinach).Jak wspomniałem niewiele pamiętam  z dzieciństwa prócz świąt Bożego Narodzenia,zapachu choinki i świeczek na nich płonących oraz zapachu pomarańczy (dwa razy w roku jęliśmy ów rarytas na Wielkanoc i Boże Narodzenie).Pamiętam prezenty świąteczne  w postaci wozów strażackich,których żywot był dość krótki gdyż rozpierała mnie i mojego brata ciekawość;na jakiej zasadzie jeździły gdy kluczykiem się pokręciło?Dociekliwości była zgubna,gdyż rozkręcone wozy strażackie nijak nie dały się złożyć.Dzieciństwo było biedne i przetykane widokiem pijanego ojca i lamentującej matki (teraz mającej żal za nędzne życie a może za brak odwagi aby ojcu powiedzieć:"żegnaj nie jesteś tym wymarzonym").Dzieciństwo to także moja babcia,która opiekowała się nami bardzo czule (czasami czuliśmy rękę sprawiedliwości na siedzeniu).Ciągała nas codziennie do kościoła i to była nasza stała niezmienna szkoła wychowania,która w latach młodzieńczych bokiem nam powychodziła i to całej trójce.Zapach kościelnych ścian przesiąkniętych kadzidlaną wonią i boleśnie brzmiące nabożne pieśni.
 Dzieciństwo to,także częste odwiedziny wujka w Bielkowie,które połączone były z pracami polowymi lub obrządkiem zwierząt hodowlanych.Żniwa czy wykopki miały swoje obrazy i zapachy.Zapach skoszonego siana w skwarze słońca,przeplatał się z bólem pokaleczonych stup na ściernisku.Łato na wsi to smak młodych ziemniaków polanych skwarkami i siadły mlekiem.
Jesień to wykopki i mgła unosząca się nad polem.Jesień to zapach palonych liści i pieczonych ziemniaków.