Moje życie zaczęło się 24 czerwca 1961 r.w małym miasteczku pod Koszalinem,Sianowie.To moje rodzinne strony,które musiałem opuścić i za którymi tęsknię i z tej tęsknoty ów pamiętnik piszę.
czwartek, 30 września 2010
Moi bliscy są wciąż tuż obok mnie we wspomnieniach
Tamte smarkate lata,to czas spędzany z moimi bliskimi i przyjaciółmi z podwórka.Mój brat Tadeusz był zawsze obecny gdy drążyliśmy piaskownice lub przetrząsali nadrzeczne krzaki.Na wędrówki dalsze do lasu czy na pobliskie łąki brani byliśmy przez moją siostrę wujeczną (dzieci brata mojej mamy,Józefa Gałęzy) Małgorzatę i Zbigniewa.Moja siostra wujeczna nie była zainteresowana zabawami lalkami i może dlatego wspaniale grała w piłkę nożną.Zbigniew mając szesnaście lat zbudował na strychu siłownię (sztanga,sprężyny i hantle)do której mnie zabierał.Na ścianie owego miejsca mitręgi fizycznej pełno było zdjęć sławnych kulturystów ze Schwarzeneggerem na czele.Ale to było później a wcześniej graliśmy w piłkę latem a zimą na lodzie bez łyżew graliśmy w udawanego hokeja.Nie mogę też nie wspomnieć o podwórkowych kolegach;Marku Siarze (rudy i dlatego często był naszym Indianinem),"Niusiu"Depczyńskim,Marku Gruszczyńskim czy o Krzysiu co miał wadę serca ale zawsze nam piłkę przynosił a my z wdzięczności stawialiśmy go zawsze na bramce.Gdy z babcią Olgą wyjeżdżaliśmy do Bielkowa (do wujka Władka) to tam z kolei pamiętam siostry wujeczne Janinę i Grażynkę oraz drugiego Zbyszka Gałęzę,który mając siedem lat z pola jadąc kierował traktorem.Na samym początku na osiedlu Piastów stały tylko cztery bloki a nad rzeką znajdowały się działki ogrodowe.Myśmy też takową mieli blisko rzeki na której tata postawił altankę ogrodową i zasadził kilka drzew owocowych.Mieliśmy frajdę wchodząc na oną altankę i obserwując okolice z wysoka.
środa, 15 września 2010
Egozaduma
Pochylam się w zadumie nad swym losem
i oszukuję siebie życzeniami
jakiejś pożółkłej rocznicy
zdrowia
szczęścia
i spełnienia marzeń
choć przecież już nie raz
pomyliłem drogi
zawierzyłem złudzeniom
w pustym pokoju szukałem nadziei
jeszcze raz
Z serca
umysłu i duszy
innym rozdawałem dobre słowo
i kawałek siebie na drogę
w zamian słysząc tylko ciszę
albo płacz jesiennego wiatru
każdego wiosennego wieczoru
Pochylam się nad umierającymi chwilami
one były mi nadzieją
wiarą i miłością
gdy mi pod górę było
opadałem z sił
teraz niech odpoczywają w spokoju
wiecznego niebytu
zapomnienia
i niech już nie bolą
i oszukuję siebie życzeniami
jakiejś pożółkłej rocznicy
zdrowia
szczęścia
i spełnienia marzeń
choć przecież już nie raz
pomyliłem drogi
zawierzyłem złudzeniom
w pustym pokoju szukałem nadziei
jeszcze raz
Z serca
umysłu i duszy
innym rozdawałem dobre słowo
i kawałek siebie na drogę
w zamian słysząc tylko ciszę
albo płacz jesiennego wiatru
każdego wiosennego wieczoru
Pochylam się nad umierającymi chwilami
one były mi nadzieją
wiarą i miłością
gdy mi pod górę było
opadałem z sił
teraz niech odpoczywają w spokoju
wiecznego niebytu
zapomnienia
i niech już nie bolą
piątek, 21 maja 2010
Na początku było słowo
Biografia moja zaczyna cię od początków mojego istnienia na tej planecie zwaną ziemia.Pojawiłem się niczym obcy przybysz z innej galaktyki,który nie rozumiał postępowania ludzi- i chyba do dziś pewnych rzeczy nie rozumiem.Choćby tego dlaczego miłość musi boleć a zadawanie bólu innym może dawać satysfakcję?Dlaczego doceniamy ludzi dopiero po ich śmierci a jak żyją to życzymy im wszystkiego najgorszego?Dlaczego szukamy duchowego aspektu życia babrając się w różnych świństwach niczym zwierzęta stadne?Dlaczego do kariery wiedzie jedynie droga po trupach lub łóżko pracodawcy?Mógłbym pytania mnożyć ale byłyby to słowa rzucane na wiatr,w próżnię itp.
I)Dzieciństwo co zaczęło się raczkowaniem pod górkę.
Urodziłem się w noc świętojańską roku w którym,Gagarin wystrzelony został w kosmos i z tego kosmosu szczęśliwie powrócił.Urodziłem się w rodzinie robotniczo-chłopskiej.Ojciec mimo,że mieszkał na wsi (Jeżyce pod Darłowem) nigdy rolnictwem się nie zajmował gdyż pracował w mieście (Koszalin-Sianów).Eugeniusz było jemu na imię i był zapalonym ślusarzem oraz miłośnikiem degustacji wszelkich trunków.Moja matka,Irena (Halina) z kolei mieszkała na wsi (Bielkowo) i pomagała swoim rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa rolnego.Rodzice zaraz po zawarciu związku małżeńskiego przenieśli się do Sianowa.Zamieszkali na poddaszu a matka zatrudniła się w zakładzie produkującym zapałki.Dzieciństwa dokładnie nie pamiętam,tak jak i onego mieszkania z którego się wyprowadziliśmy się w rok po urodzeniu się mojej siostry Jolanty (mam też brata Tadeusza,który urodził się w rok po moich narodzinach).Jak wspomniałem niewiele pamiętam z dzieciństwa prócz świąt Bożego Narodzenia,zapachu choinki i świeczek na nich płonących oraz zapachu pomarańczy (dwa razy w roku jęliśmy ów rarytas na Wielkanoc i Boże Narodzenie).Pamiętam prezenty świąteczne w postaci wozów strażackich,których żywot był dość krótki gdyż rozpierała mnie i mojego brata ciekawość;na jakiej zasadzie jeździły gdy kluczykiem się pokręciło?Dociekliwości była zgubna,gdyż rozkręcone wozy strażackie nijak nie dały się złożyć.Dzieciństwo było biedne i przetykane widokiem pijanego ojca i lamentującej matki (teraz mającej żal za nędzne życie a może za brak odwagi aby ojcu powiedzieć:"żegnaj nie jesteś tym wymarzonym").Dzieciństwo to także moja babcia,która opiekowała się nami bardzo czule (czasami czuliśmy rękę sprawiedliwości na siedzeniu).Ciągała nas codziennie do kościoła i to była nasza stała niezmienna szkoła wychowania,która w latach młodzieńczych bokiem nam powychodziła i to całej trójce.Zapach kościelnych ścian przesiąkniętych kadzidlaną wonią i boleśnie brzmiące nabożne pieśni.
I)Dzieciństwo co zaczęło się raczkowaniem pod górkę.
Urodziłem się w noc świętojańską roku w którym,Gagarin wystrzelony został w kosmos i z tego kosmosu szczęśliwie powrócił.Urodziłem się w rodzinie robotniczo-chłopskiej.Ojciec mimo,że mieszkał na wsi (Jeżyce pod Darłowem) nigdy rolnictwem się nie zajmował gdyż pracował w mieście (Koszalin-Sianów).Eugeniusz było jemu na imię i był zapalonym ślusarzem oraz miłośnikiem degustacji wszelkich trunków.Moja matka,Irena (Halina) z kolei mieszkała na wsi (Bielkowo) i pomagała swoim rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa rolnego.Rodzice zaraz po zawarciu związku małżeńskiego przenieśli się do Sianowa.Zamieszkali na poddaszu a matka zatrudniła się w zakładzie produkującym zapałki.Dzieciństwa dokładnie nie pamiętam,tak jak i onego mieszkania z którego się wyprowadziliśmy się w rok po urodzeniu się mojej siostry Jolanty (mam też brata Tadeusza,który urodził się w rok po moich narodzinach).Jak wspomniałem niewiele pamiętam z dzieciństwa prócz świąt Bożego Narodzenia,zapachu choinki i świeczek na nich płonących oraz zapachu pomarańczy (dwa razy w roku jęliśmy ów rarytas na Wielkanoc i Boże Narodzenie).Pamiętam prezenty świąteczne w postaci wozów strażackich,których żywot był dość krótki gdyż rozpierała mnie i mojego brata ciekawość;na jakiej zasadzie jeździły gdy kluczykiem się pokręciło?Dociekliwości była zgubna,gdyż rozkręcone wozy strażackie nijak nie dały się złożyć.Dzieciństwo było biedne i przetykane widokiem pijanego ojca i lamentującej matki (teraz mającej żal za nędzne życie a może za brak odwagi aby ojcu powiedzieć:"żegnaj nie jesteś tym wymarzonym").Dzieciństwo to także moja babcia,która opiekowała się nami bardzo czule (czasami czuliśmy rękę sprawiedliwości na siedzeniu).Ciągała nas codziennie do kościoła i to była nasza stała niezmienna szkoła wychowania,która w latach młodzieńczych bokiem nam powychodziła i to całej trójce.Zapach kościelnych ścian przesiąkniętych kadzidlaną wonią i boleśnie brzmiące nabożne pieśni.
Dzieciństwo to,także częste odwiedziny wujka w Bielkowie,które połączone były z pracami polowymi lub obrządkiem zwierząt hodowlanych.Żniwa czy wykopki miały swoje obrazy i zapachy.Zapach skoszonego siana w skwarze słońca,przeplatał się z bólem pokaleczonych stup na ściernisku.Łato na wsi to smak młodych ziemniaków polanych skwarkami i siadły mlekiem.
Jesień to wykopki i mgła unosząca się nad polem.Jesień to zapach palonych liści i pieczonych ziemniaków.
Subskrybuj:
Posty (Atom)